0

(Nie)bezpieczny świat dla dziecka, Część II

Wielu z nas pamięta lekturę szkolną pt. „Plastusiowy Pamiętnik”. W książce główna bohaterka imieniem Tosia nosi ze sobą do szkoły scyzoryk, którym ostrzy ołówek. Książkowa Tosia ma 7 lat. Jak widać to, co 75 lat temu było normą, w dzisiejszym świecie jest wręcz nie do pomyślenia. Widok współczesnego 7-latka ostrzącego ołówek scyzorykiem ocierałby się już o zaniedbanie środowiskowe. Obecnie duży odsetek przedszkolaków nie radzi sobie z wycinaniem, bo rodzice nie pozwalają im bawić się nożyczkami. „Boję się dać mu nóż” przyznała mi się mama 10-letniego chłopca. „Po prostu nie wiem, co mu strzeli do głowy. Na pewno się potnie”.

Ta zatroskana mama pewnie ma rację. Chłopiec się potnie. Tylko…. co z tego? Pewnie każdy z nas się kiedyś przeciął. Ja również. Tak naprawdę zacinam się nożem średnio kilka razy w roku, co przecież nie znaczy, że mam przestać go używać. Co więcej, przyznam szczerze, że zdarza mi się uderzać w meble i obijać sobie palce o futryny. Czasami walę głową w ostre kanty, potykam się na schodach, a niekiedy nawet parzę sobie palce. Podejrzewam, że nie jestem jedyna. Każdy z nas, dorosłych, gdy go jakieś takie nieszczęście spotyka, krzyknie, burknie coś pod nosem, trochę pojęczy, rozmasuje obolałe miejsce, naklei plaster i idzie dalej. Dalej kroi tym ostrym nożem, dalej chodzi po schodach, dalej mebluje pokój kanciastymi regałami. A dziecko? Często pierwszy kontakt z niebezpiecznym przedmiotem, jest jego ostatnim. Dziecko płacze, bo krew leci, a dorośli biegną, krzyczą, żałują, odkażają rany, pouczają, a na koniec dodają, że tego noża dzieciak już nie zobaczy. Przynajmniej przez rok.

Jedną z postaci, które inspirowały mnie przez ostatnie 2 lata w kwestii „niebezpiecznych dziecięcych zabaw” jest Gever Tulley, autor książki „Fifty Dangerous Things” (50 niebezpiecznych rzeczy, które powinno zrobić twoje dziecko”). Oglądając wystąpienie Gever’a na temat organizowanej przez niego „Szkoły majsterkowania” uświadomiłam sobie, że ciekawość dzieci nie kończy się w miejscu bezpiecznych, miłych i ładnych zabaw. One szukają ryzyka, przygody, nowych wyzwań. Chcą się dowiedzieć jak coś działa, udowodnić sobie i innym, że są odważne, że się nie boją. Czasami ceną ciekawości będzie rozbity nos, czy rozcięta ręka, ale wartość tej przygody, wartość nauki, która idzie za tą ryzykowną lekcją jest nieoceniona. Dobrze jest zostawić dziecku możliwość, żeby we właściwym czasie przeżyło taką lekcję.

Dziecko prędzej, czy później zetknie się z niebezpiecznymi przedmiotami. Za Twoją zgodą lub nie. Jeżeli pozwolę swojej córce na kontakt z nimi, mam wpływ na to, w jaki sposób to spotkanie przebiegnie. Osobiście wolę, by moje dzieci nauczyły obchodzić się z nożem w mojej kuchni, krojąc jajka, czy pieczarki, niż gdyby ukryte przede mną w zaułku bawiły się znalezionym zardzewiałym scyzorykiem. Tak więc, zamiast powtarzać do znudzenia znane nam równanie: dziecko + zapałki = pożar, może lepiej wziąć dziecko i pokazać mu jak to działa. Zapalić zapałkę, pokazać jak ją zdmuchiwać, jak przydeptywać, jak gasić małe ognisko. Gdzie zapałkę wyrzucać, gdzie można rozpalać ognisko, a gdzie nie należy.

Namawiam do moderowania spotkań, które pozwolą dziecku poznać zasady działania niebezpiecznych przedmiotów. Wielokroć, nawet obecność rodzica nie uchroni przed bólem, ale wiele takich niełatwych lekcji jest zapamiętanych na bardzo długo. Kilka lat temu byłam świadkiem sytuacji, gdy malutka, jeszcze ledwo chodząca dziewczynka z upodobaniem biegała w stronę płonącego kominka. Rodzice kilkakrotnie przestrzegali ją, mówiąc, że to jest gorące, lecz ona niewiele sobie z tych ostrzeżeń robiła. W końcu jej tata wziął ją i pozwolił jej dotknąć paluszkiem gorącej szyby. Dotknęła, rozpłakała się strasznie i od tej pory omijała kominek szerokim łukiem, patrząc na bąbelek na swoim malutkim paluszku. Nie trzeba było jej pilnować, chronić, odwracać uwagę zabawkami. Nikt już nie martwił się, że zaraz może upaść i oparzyć dłonie lub twarz. Ona sama wiedziała, jak ma się zachować. Zobaczyłam w tej sytuacji taką mądrą miłość, która nie chroni za wszelką cenę. Miłość, która pozwala dziecku dojrzeć, stać się odpowiedzialnym za własne czyny. Która pozwala dziecku nauczyć się czegoś i wyciągnąć poprawne wnioski. Kiedy patrzę na moje dzieci, kiedy szukam drogi, mądrości i inspiracji do wychowywania ich, chcę uczyć się właśnie takiej miłości.

Photo credit © Estera Muszkiet-Wiazowska

Poprzedni artykuł na ten temat.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>