Sukces w służbie – wywiad z Wiesławem Ziembą

Andrzej Mytych: Dzisiaj mam przyjemność rozmawiać z Wiesławem Ziembą. Jest on wyjątkowym człowiekiem. Znamy się już od wielu lat. Zresztą, nie wiem czy w Polsce jest jakiś protestancki wierzący, który by go nie znał, albo o nim nie słyszał. Wiesław jest przywódcą, pastorem z wieloletnim doświadczeniem, mentorem i duchowym ojcem.

Tematem, który mnie szczególnie interesuje jest zagadnienie służby. Chciałbym wykorzystać możliwość, aby zadać ci pytanie na temat służby. Powiedz, czym dla ciebie jest sukces w służbie?

Wiesław Ziemba: Zacznę od tego, że to przedstawienie onieśmieliło mnie dosyć mocno. Natomiast wracając do pytania myślę, że jest ono często zadawane nie tylko w środowiskach kościelnych, ale i w świecie. Muszę powiedzieć, że jako człowiek Królestwa, bo tak siebie określam, widzę, że definicja sukcesu jest całkowicie inna dla ludzi Królestwa, tych którzy chcą żyć według Biblii, niż definicja świecka obserwowana w świecie.

Definicja sukcesu w dzisiejszym świecie sprowadza się szczególnie do popularności i sławy, do tego żeby wybić się ponad innymi i zaistnieć. Myślę, że według standardów Biblijnych, w Królestwie Bożym jest to coś innego. Gdybym miał postawić to pytanie sobie, chciałbym powtórzyć za apostołem Pawłem, to co kiedyś powiedział o zakończeniu swojej służby: „dobry bój bojowałem, biegu dokonałem, wiarę zachowałem, a teraz oczekuje mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu da Pan Sędzia sprawiedliwy”. Mogę powiedzieć, że moim sukcesem – nie patrząc tylko z perspektywy doczesności, ale z perspektywy wieczności, która będzie obiektywną oceną mojego życia, jako wierzącego człowieka – jest to, w jaki sposób Pan Bóg nas ocenia. Tą samą myśl wyrażają również słowa Pana Jezusa: „Sługo dobry i wierny wejdź do radości Pana swojego”. Właśnie w taki sposób, w ogólnych kategoriach postrzegam sukces.

A. M.: Jak człowiek powinien sprawować swoją służbę na przestrzeni wielu lat, aby mógł odnieść ten ostateczny sukces, o którym mówi apostoł Paweł? Co według ciebie powinien, a czego nie powinien robić?

W. Z.: Często na definicję i sposób myślenia o sukcesie ma wpływ sposób myślenia świata. Sukces jest widziany w taki sposób, że jeżeli masz kościół, który liczebnie rośnie, to jesteś człowiekiem sukcesu, możesz się czymś pochwalić. Jeśli jesteś w stanie coś osiągnąć w wymiarze materialnym, jako pastor jesteś obrotnym, prężnym człowiekiem, który potrafi zarządzać i do czegoś dojść w wymiarze fizycznym, to jesteś człowiekiem sukcesu.

To co dla mnie jest ważne, na co dzisiaj zwracam szczególną uwagę, to jaki wpływ, jakie duchowe dziedzictwo jestem w stanie zostawić w ludziach, którzy są wokół mnie.

Chciałbym tutaj nawiązać do innego fragmentu Pisma Świętego, który mnie dotyka i inspiruje, a mianowicie słów apostoła Pawła do Tymoteusza:

Lecz ty poszedłeś za moją nauką, za moim sposobem życia, za moimi dążnościami za moją wiarą, wyrozumiałością, cierpliwością, miłością, za moimi prześladowaniami.

Myślę, że tak naprawdę sukces polega na tym, że wokół mnie są ludzie, w których mogę zainwestować moje życie, i w których inwestuję, ponieważ oni chcą, abym w nich inwestował. Patrząc na moje życie widzą rzeczy, które są dla nich wartościami, oni lgną do mnie i decydują się, aby pójść za tymi wartościami, które są w moim sercu. To powoduje, że stoję w miejscu, w którym nie muszę na nikim nic wymuszać, sam szukać sposobności, aby dać siebie, ponieważ są ludzie którzy przychodzą i mówią: „Chcę iść za tym co ty masz. Chcę iść za tym, w co ty wierzysz. Twoje poznanie Boga i twoje życie z Bogiem jest tym, co mnie inspiruje, i chcę za tym iść.

A. M.: Jak długo jesteś zaangażowany w służbę?

W. Z.: Nawróciłem się, kiedy miałem 13 lat. Praktycznie moja służba zaczęła się od 16 roku życia. Pierwsze kazanie wygłosiłem gdy miałem 16 lat, ale nie kaznodziejstwo było moją główną służbą. Byłem zaangażowany w służbę muzyczną, studiowałem muzykę. Oczywiście przy tym było nauczanie i głoszenie, ale to nie była główna dziedzina. Dzisiaj mam prawie 60 lat, więc możesz sobie obliczyć ile lat jestem w służbie.

A. M.: Gdy patrzysz na te lata w służbie, co postrzegasz za swoje błędy? Rzeczy, których nigdy byś nie zrobił, gdyby mógł się cofnąć czas. Chciałbym, abyś podsumował tymi pozytywnymi rzeczami, tym, co było słuszne w twojej służbie?

W. Z.: Czego bym nie zrobił? Myślę, że były takie sytuacje, kiedy za wszelką cenę chciałem współpracować i budować relacje z ludźmi. Starając się to robić i próbując przechodzić przez te okresy kryzysu, za długo pewne rzeczy ciągnąłem. W wyniku tego obracały się one przeciwko mnie.

Myślę, że aby dobrze współpracować nie wystarczy mieć ludzi, którzy będą dla ciebie pracować – potrzeba mieć ludzi, którzy będą mieli to samo serce. To było zawsze dla mnie ważne. Utrzymywanie na siłę relacji, kiedy czujesz, że ktoś nie ma serca, aby iść razem z tobą,  powoduje większe problemy i konflikty.

Podejmowałbym również szybciej niektóre decyzje związane ze zerwaniem jakiejś współpracy, czy relacji, która nikomu nic nie daje.

Natomiast jeśli chodzi o takie rzeczy, które zdecydowanie bym powtarzał, to kształtowanie i przygotowywanie ludzi do służby, z tym że w troszeczkę inny sposób niż to robiliśmy. Myślę że przeszliśmy przez czas, gdy przywództwo, nauczanie o przywództwie i szkolenie przywódców, było czymś bardzo priorytetowym. Nie chcę tego negować, ale w naszej mentalności pojawiło się myślenie o produkowaniu przywódców dla Królestwa, w jak najszybszym czasie i jak największej ilości. Moje wrażenie jest jednak takie, że to się nie udaje. Jeżeli chodzi o ludzi Królestwa, o kościół, to przywódców się w taki sposób nie  produkuje.

Dobrych przywódców nie da się produkować szybko i masowo. Ich trzeba zrodzić i uformować, a to jest procesem wymagającym nie tyle programów edukacyjnych, czy metodologii produkcyjnych, co jakościowego wysiłku i czasu.

Myślę, że dzisiaj mamy negatywne skutki niewłaściwego postrzegania procesu formowania przywódców. Widzimy, że mimo wielu inwestycji, aby wyszkolić liderów, nie przekłada się to na jakość kościoła.

Kształtując przywódców chciałbym wrócić do prostej Biblijnej myśli, że kluczową rzeczą jest uczniostwo. Przygotowywanie, wychowywanie, kształtowanie uczniów, czyli naśladowców, jest tym, co później przekłada się na jakość przywództwa.

Krótko mówiąc przywództwo zamieniłbym na uczniostwo. Czyli wracamy do tego, co na początku powiedziałem, powinniśmy skoncentrować się na jednostkach, które mają być kształtowane według tego, co Bóg włożył do serca danego przywódcy.

A. M.: Czy jest jeszcze jakaś ważna lekcja, której nauczyłeś się na temat służby?

W. Z.: Tak, jedną z ważnych lekcji dla przywództwa jest również sprawa relacji. Przywództwa nie buduje się w oparciu o układy, czy nawet wspólne cele, przywództwo buduje się w oparciu o relacje serca. To jest lekcja, której się uczyłem przez całe życie, i tę zasadę uważam za podstawową, jeżeli chodzi o przywództwo w kościele, ponieważ to, co przywództwo niesie przenosi się na cały kościół.

A. M.: Dziękuję ci bardzo za rozmowę.

W. Z.: Ja również dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>