Duchowe ojcostwo i usynowienie – relacja, która mnie uratowała

Przed powrotem

Dwa i pół roku temu nic nie zapowiadało, tego, że moje życie może się zmienić. Dopiero wróciłem z ponad 8-letniej emigracji, kompletnie zdewastowany. W ciągu dekady zaliczałem upadek, za upadkiem: nieudane małżeństwo i poza małżeńskie relacje, długi, praktyki okultystyczne, oszustwa i temu podobne.

29025660_2087894057892468_6860133469615929807_n

Doprowadziłem się do stanu psychicznego i duchowego wyjałowienia. Moje wołanie do Boga o ratunek, wyszło z głębi serca, oblepionego brudnym błotem.

Pamiętam tamten wczesnojesienny dzień, gdy zabrałem mojego psiaka na spacer do lasu, to był czas, gdy tylko w tym lesie miałem chwilę spokoju, czas, w którym wyłem z wściekłości i bezradności błagając Boga żeby mnie zabrał. Tamtego dnia, wyczerpany do cna, poprosiłem Go o pomoc.

Myślę, że wtedy usłyszałem wyraźnie, co mam robić.

Kilka tygodni później jechałem spakowany do Polski. Musicie wiedzieć, że aby wydostać się z UK, potrzebowałem tira, musiałem przewieźć kilka ton płyt winylowych – ponieważ prowadziłem sklep muzyczny.

Jechałem, i z każdym znakiem wymieniającym mijane miejscowości zbliżałem się do Polski. Dover, Bruksela, Dusseldorf. Gdy zobaczyłem na tablicy, że do Berlina zostało 600 km wzruszyłem się i pomyślałem, że jestem w domu.

Ale domu nie było. Nie wiedziałem do czego wracam. Moi przyjaciele, Marcin i Irmina, zaoferowali mi dach nad głową. Koledzy, których firma opiekowała się moją stroną internetową, użyczyli miejsca w budynku, który wynajmowali, a moi rodzice zaopiekowali się psiakiem. Jednakże całe moje dotychczasowe życie zawaliło się.

Tamtego dnia, gdy wylądowałem w Zielonej Górze, nie przypuszczałem, że to jest dopiero początek i mimo tego iż sprawy, zdawało się, zaczęły się układać, wdawałem się dalsze kłopoty. Działałem jak zaczarowany. Każda decyzja była zła. Skutki tych złych decyzji, czy to w biznesie, czy to w finansach czy też w relacjach damsko męskich, odczuwalne były dopiero w dłuższej perspektywie i były dotkliwe.

Wracając do Polski wydawało mi się, że już będzie tylko lepiej. Niestety, nic się nie zmieniło. Błędy popełniałem ciągle te same, nie mając pojęcia jak wyrwać się z tego kręgu. Zauważyłem, że te same powody, z których wyemigrowałem, sprowadziły mnie z powrotem do kraju. Jakby nic się nie zmieniło. Czułem się przeklęty.

Jeszcze na długo przed powrotem, w moim życiu pojawił się Bóg. Pojawił się on w sytuacji, w której byłem bliski postradania zmysłów.

Wybrałem się na szamańskie warsztaty pewnej “białej” szamanki. Z pochodzenia Angielki, która dawno temu zbiegła z Londynu po wielkim środowiskowym skandalu (była baleriną i popełniła mezalians, w dodatku zaszła w ciążę). Uciekła do Stanów, gdzie trafiła do plemienia Dakota, które ją przyjęło, tam została wyćwiczona na szamankę i jako taka była wysyłana na stary kontynent, aby “nauczać”.

Opowiadam to, ponieważ jest to znaczące dla dalszej części tej historii. Wybrałem się na jedno z takich “nauczań”, ale zanim do niego doszło, miałem doświadczenie ze światem zmarłych. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale siedząc w środku miasta, na deptaku w dużym mieście,  doświadczyłem obecności ducha osoby zmarłej.

Było to okropne przeżycie, nie chcę nawet do niego wracać żeby wytłumaczyć jak to było. Ważne, co wydarzyło się już po tym, na warsztacie.

Gdy szamanka skończyła swoje “nauczanie” był czas, aby zadać kilka pytań. Nie wytrzymałem i zapytałem, o to co się mi przydarzyło, zanim przyszedłem na spotkanie z nią. Ona spojrzała na mnie i zapytała skąd pochodzę? Odpowiedziałem, że z Polski. Zatem jesteś katolikiem – powiedziała. Na co stanowczo zaoponowałem. Nie uważałem się za katolika, ani za chrześcijanina, ani – w ogóle – za osobę wierzącą. Ona jednak nie zwróciła na to uwagi. Skoro jesteś katolikiem – ciągnęła dalej – to zwróć się do swoich świętych (do świętych swojego ludu), pewnie macie tam, któregoś odpowiedzialnego za zmarłych i módl się do niego. Później zrobiła krótką przerwę i dodała: wróć do modlitw swoich przodków.

Od tej chwili rzeczy zaczęły dziać się dość szybko mimo, że do chwili powrotu do kraju miało minąć jeszcze około 2-3 lat.

Po powrocie

Wróciłem do Polski z modlitwą Ojcze Nasz, Zdrowaś Mario, Aniele Boże Stróżu Mój i różańcem, który odmawiałem codziennie od tamtego czasu z szamanką. Poobijany jak bezdomny kundel, ze wszystkim co tylko możliwe nadwątlonym, nadszarpniętym, w sumie w samych łachmanach z lumpeksu. Moim majątkiem był tylko towar ze sklepu. Moje ciuchy mieściły się w jednym plecaku, pod ręką miałem gitarę, laptopa i psiaka. Byłem oszołomiony, chory ze zmęczenia i stresu i niemożliwie podekscytowany zmianami. Aby uratować resztki biznesu, pracowałem od rana do nocy, sypiając na podłodze w udostępnionym biurze. Modliłem się nieustannie, codziennie popełniając błędy, których konsekwencje miałem spijać jeszcze długo później.

Pewnego razu z moim przyjacielem Marcinem, wybrałem się do Ochli na Zielony Targ. I 10644608_734584699911932_8490123098298245311_ozupełnie przypadkiem spotkałem mojego dawnego druha, z czasów sex, drugs and rock&roll. Pierwsze słowa, jakie do siebie wypowiedzieliśmy dotyczyły tego jak długo już nie chalmy i nie ćpamy. Co nas zaskoczyło. Umówiliśmy się na obiad za kilka dni. Michał, przyszedł do mnie do biura i poszliśmy coś zjeść. Podczas tego obiadu zaczęliśmy rozmowę o duchowości. Ten temat wypłynął dość naturalnie. Mimo to, że trochę się krępowaliśmy na temat Boga rozmawiać otwarcie i szczerze. Nasza przeszłość… no cóż, gdyby nam ktoś powiedział, 5-10 lat wcześniej jak “skończymy” zabilibyśmy śmiechem. A że nie widzieliśmy się ponad dekadę, wiele mieliśmy sobie do powiedzenia. Szczególnie, że każdy z nas znalazł swoją ścieżkę do Boga. Od Michała dowiedziałem się o istnieniu Kościoła Bez Ścian, o pastorze Marku, który na nabożeństwach gra na saksie i jego żonie Kasi, która w tym kościele również głosi.

Na pierwsze nabożeństwo trafiłem prawie dwa miesiące później.

Pierwsze nabożeństwo w Kościele Bez Ścian

Gdy tylko przekroczyłem próg sali spotkań poczułem jak moja dusza wzdycha. To było westchnienie, które może pojąć ktoś kto wrócił z ciężkich robót do domu, ze świadomością, że już nigdy nie będzie musiał wracać. Tak się poczułem, jakbym znalazł dom. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak blisko jestem prawdy tego uczucia. W całej swojej pyszałkowatości, na tamten czas, najbardziej interesowało mnie to, kto tu jest najważniejszy i gdzie jest ten słynny pastor co gra na saksie.

Nabożeństwo zaczęło się uwielbieniem, nie miałem pojęcia co to znaczy, ale zespół rąbał dobrego prog rocka, więc podobało mi się bardzo.Dziwiły mnie flagi z przodu, i podnoszenie rąk, ale podobało mi się bardzo. W końcu pastor wyszedł na środek i zaczął mówić. Pamiętam, w tej chwili to w naszej Bożej rodzinie jest już anegdotą, że pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy gdy zobaczyłem pastora Marka, to to, że to jest robota dla mnie.

NIe zapomnę tego nabożeństwa do końca życia. Wtedy pastor Magda Broda z kościoła z Jeleniej Góry opowiadała o misji w Brazylii, z której wtedy wróciła. Nie przeszło mi przez głowę, że ta kobieta jeszcze odegra w moim życiu tak znaczącą rolę i że będzie gościem na moim ślubie. Moja żona pochodzi z jej kościoła.

Po tym nabożeństwie poszedłem z Michałem na hamburgera, co później stało się naszą małą tradycją, a z czasem dołączył do nas Marcin z żoną, moi przyjaciele, którzy do kościoła przyszli tydzień po mnie.

Majewscy zapraszają nas do domu

Może miesiąc, a może dwa, po takim czasie dzięki Michałowi bliżej poznajemy pastora i pastorową. My to znaczy Marcin, Irmina i Ja. Dostajemy zaproszenie do nich do domu na ciepłe rogaliki. Jest przełom lutego i marca, aura ponura, a dom Majewskich przytulny, trzaskający ogień w kominku, własne wypieki i bostońskie ilości herbaty. Zostaliśmy przyjęci z taką zacnością i życzliwością, że do dziś wspominam ten dzień jak święto.

Rozmawiamy dużo o Bogu o naszym nawróceniu, wielu rzeczy nie rozumiemy, dlaczego, ważne jest np. czytać Słowo Boże, co oznaczają różne, ważne terminy w Biblii, rozmawiamy o strefach wpływów i tylko Bóg pamięta o czym jeszcze.

Od tej pory pastor i pastorowa, stają się Markiem i Kasią, Kasią i Markiem. Pierwszy raz w życiu czuję, że kogoś naprawdę interesuje jako osoba. Pierwszy raz w życiu, czuję, że liczę się jako ja. Wracając po wizycie do domu nie możemy się nacieszyć z nowej znajomości. Tak myślę, że wtedy każde z nas, miało w sercu ten płomyczek drżącej nadzieji, że jeszcze nie wszystko jest ustalone raz na zawsze i rzeczy mogą się zmieniać.

Później przez jakiś czas zająłem się pracą, ale na nabożeństwach bywałem regularnie i starałem się, żadnego nie opuścić. Prowadziłem coraz więcej rozmów o Piśmie i o Bogu, a Kasia i Marek nie szczędzili mi czasu i konwersacji.

Koło kwietnia zdaje się, wracała z Irlandii moja przyjaciółka i współpracownica. Chciałem, żeby dalej ze mną pracowała, zatem zaoferowałem jej mój pokój, który wynajmowałem, sam zamierzając spać w kuchni. Podzieliłem się tym z Majewskimi, którzy długo się nie zastanawiając zaoferowali mi miejsce w swoim domu. Byłem zszokowany, ale nie oponowałem. Wprowadziłem się z ulgą.

Musicie wiedzieć, że Majewscy otworzyli mi swój dom, wiedząc sporo o mnie. Znali moją przeszłość, problemy w małżeństwie i trudności w sprawie rozwodowej, a także mieli już jakieś pojęcie o moich długach, oraz kłopotach relacyjnych. Dopiero dziś, zdaję sobie sprawę z tego czego się podjęli. Otworzyli przede mną nie tylko swój dom, ale też swoje życie. Zaufali, że warto. Zaufali Bogu i zaufali mi. Wpuścili do swojego domu nieznajomego faceta, mając dwie córki w wieku “zamążpójściowym”, faceta z bagażem okropnych doświadczeń, z połamaną przeszłością i niewiadomą przyszłością, dali mu pokój, jedzenie i… rodzinę.

13214814_10206107593116472_1361518862_o

To co wydarzyło się przez kilka kolejnych tygodni, było baśnią. Bóg zgotował nam cudowne przedstawienie, do którego codziennie dopisywał kolejne szalone rozdziały. Wspólne gotowanie, parzenie kawy, spacery i zabawy daleko przekraczające surrealilstyczne poczucie humoru Monthy Pythonów. Myślę, że wszyscy byliśmy zachwyceni wolnością jaką dał nam Bóg, do tego aby stworzyć zupełnie nową rodzinę, ze mną na pokładzie. Można powiedzieć, że zostałem wcielony siłą do tej rodziny, siłą Bożej miłości. Kasia nawet żartowała, że od teraz jestem obojga nazwisk Olszewski-Majewski. Całe swoje dorosłe życie wypierałem się przynależności do mojej naturalnej rodziny. Buntowałem się, wielokrotnie ich raniąc. Zachowywałem się jak drań, nie rozumiejąc ani moich rodziców, ani mojego rodzeństwa. Tak długo się od nich odgradzałem, że w końcu zostałem sam, na własne życzenie. A gdy już zostałem sam, wilki zaczęły krążyć wokół mnie, i atakować. Tak długo, aż nie miałem siły się bronić. W końcu dotarłem do kresu sił i Bóg mi przyszedł z pomocą, wszczepił mnie w rodzinę Majewskich. Myślę, że Bóg wiedział, że bez nich mogę sobie nie poradzić.

Nagle dostałem mamę/siostrę w postaci Kasi i ojca/mentora/przyjaciela Marka, oraz dwie młodsze fantastycznie szalone siostrzyczki.

Stałem się uczestnikiem codzienności, której nie doświadczyłem w czasie, gdy mogłem jej doświadczyć z moją naturalną rodziną, ponieważ wolałem się buntować, uciekać i zamykać. Rano miałem z kim zjeść śniadanie… w ogóle miałem co zjeść i z kim porozmawiać, a zawsze było o czym. W tym czasie, Bóg dawał mi dużo snów, które mogłem omówić z Kasią i Markiem przy porannej kawie. Czasami, byłem tak zaabsorbowany tym, co Pan Bóg robi w moim życiu, że pod wieczór czułem, jakby cały świat kręcił się w koło tego, że się nawróciłem. Nie patrzyłem na nich jak na rodzinę pastora, byli moją rodziną. Nie dali mi odczuć, że jestem “za dużo”, “za bardzo” czy “za mało”. Po prostu przyjęli mnie, takim jakim byłem, w tym momencie, w jakim byłem. Prowadziliśmy wiele rozmów, wiele się też wygłupialiśmy, śmialiśmy, paliliśmy ogniska i gotowaliśmy pyszne jedzenia.

Teraz z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że to co dla mnie zrobili było zupełnie fantastyczne. Dopiero niedawno zrozumiałem, że ich miłość pokazała mi jak może kochać mnie mój Ojciec w Niebie. Ta miłość, akceptacja, zrozumienie sprawiły, że zrozumiałem iż Bóg jest dobry, że musi być dobry, tak jak głosi Pismo. Majewscy byli spełnieniem tego wersetu: Skosztujcie jak dobry jest Pan. Jest dobry, jest mądry i dlatego wszczepił mnie w rodzinę, w której nie tylko doznawałem samych przyjemności, ale która w mądrości Bożej wymanewrowywała mnie z kłopotów, głupich nawyków i groźnego myślenia.

To dzięki nim poślubiłem najwspanialszą kobietę na świecie. To dzięki nim, relacje z moimi rodzicami i resztą rodziny są co raz lepsze, to dzięki nim, staję na nogi finansowo. Wiem, że jestem dla nich ważny, troszczą się o mnie, mimo, że już jestem w innym miejscu. Minęły kolejne miesiące, życie toczy się już innym torem, a ja w sercu mam tę pewność, że w domu Majewskich, ciągle mam swój kąt.

Od tej rodziny otrzymałem tak wiele darów, o których dowiaduję się z czasem jak ich owoce pojawiają się w moim życiu.

Nauczyli mnie, że warto jest słuchać, warto poczekać, warto się modlić i rozmawiać z 14002323_10206664962330354_629290440_oBogiem. Nauczyli mnie, że tylko Bóg jest doskonały i Chrystus, my ludzie niestety nie, jeszcze nie i wiele nam się po drodze może przydarzyć, ale Jezus już nam wybaczył. Nauczyłem się przy nich śmiać do łez i być jak dziecko, cieszyć się daną chwilą, doceniać życie jako dar Boży. Delektować się “kapitalnym jedzonkiem i doskonałym towarzystwem”. Nauczyłem się uwielbiać Boga, być na niego otwartym, modlić się o ludzi, a przede wszystkim pokory.

Codzienne życie z Bożą rodziną, ze swoimi zaletami i wadami (oj tak, nie zawsze było różowo) dało mi przedsmak Królestwa. Kiedyś Kasia powiedziała do mnie: jesteśmy normalnymi ludźmi, mamy normalne problemy, tylko inaczej je rozwiązujemy – wtedy i teraz jest to dla mnie prawda, która wyzwala. Moim wybawicielem jest Jezus, akceptuję to, honoruję i za to jestem wdzięczny. Za Jezusa w moim sercu, do którego przyszedł on pod ramię z rodzinką Majewskich.

Ojcowie i nie-ojcowie

Okazuje się, że ojców może być nawet kilku. Mój naturalny tatuś, bywał nieobecny w moim życiu, przynajmniej ja sobie go nie przypominam zbyt często. Dziś nasza relacja jest coraz lepsza, ale w tamtych czasach, a były to czasu ciągle panującej komuny, moi rodzice chyba przeżywali trudny czas (jakby ktoś wtedy przeżywał coś innego), codzienne kłopoty, borykanie się z finansami i zaopatrzeniem musiało powodować wiele nerwów, czego wtedy nie rozumiałem, co nie zmienia faktu, że mojego tatusia nie było tyle ile bym sobie życzył w moim życiu.

W koło też nie znajdowałem wzorców męskich godnych naśladowania. Niestety sąsiedztwo drążyła ta sama choroba, co większość społeczeństwa, alkohol, marazm i nuda, brak perspektyw i możliwości, monotonia i smutek. Większość mężczyzn po prostu ciągle piła, była pijana, lub zamierzała się upić. Jako wrażliwemu dziecku nie łatwo mi było na to patrzeć, sprzątać kieliszki, żeby mamusia nie widziała, gdy wróci z pracy. Poczucie wstydu i rozczarowania zostawiło spore rany na sercu, które przez lata jątrzyły się i ropiały, zatruwając mój duchowy organizm. Na mojej ścieżce pojawiali się różni ojcowie-nie-ojcowie, którzy dostrzegali we mnie jakiś potencjał, ale próbowali z niego coś uszczknąć dla siebie, wykorzystać, co powodowało jeszcze większą alienację i poczucie strachu.

Prawdziwych ojców Bóg postawił na mojej drodze, dopiero gdy się pogodziłem z moim tatusiem, gdy uwolniłem się od osądów i przebaczyłem, a także przyjąłem przebaczenie i ze strony Boga Ojca jak i mojego tatusia. Brak ojca w życiu czyniło mnie sierotą. Nie mającą swojego miejsca na świecie istotą pozbawioną jakiejkolwiek wartości i tę wartość próbująca nadać sobie za pomocą bycia kimś, pieniędzy, znajomościom, bycia lubianym itd. Osierocenie, którego doznawałem jako już dorosła osoba, nie wynikało z tego, że nie miałem naturalnego ojca, ale z tego, że nie rozumiałem iż moje pochodzenie nie jest z tego świata. Mój Ojciec mieszka w Niebie i stworzył cały wszechświat, po to, abym i ja mógł żyć pełnią życia. To czego dokonali Majewscy, usynowienie, sprawiło, że zdołałem uwierzyć w to kim jestem. Zaczęli patrzeć na mnie z perspektywy tego kim jestem w Bogu, a nie kim jestem w świecie. Oni pierwsi potrafili nazwać moje cechy oraz wypunktować grzechy, w których mniej lub bardziej świadomie żyłem. Moje życie zostało wywrócone do góry nogami, w chwilach zwątpienia słyszałem “przejdziesz to”, “to jest proces”. Był taki czas, że chciałem nalać w twarz każdą osobę, która mówiła mi o procesie. Marek ma taki zwyczaj pytania mnie (nie tylko mnie zresztą) o to jak się czuję. Gdy słyszy odpowiedź: “do dupy” zawsze reaguje w ten sam sposób: “no chłopie, to wszystko z tobą w porządku”. Doprowadzał mnie tym do wściekłości, ale teraz dopiero zaczynam to rozumieć. Z perspektywy Boga, który jemu pokazywał, to kim i gdzie jestem, dokąd zmierzam, musiało to tak wyglądać.

Photo credit: Tomasz Olszewski, Marek Majewski 

3 odpowiedzi na „Duchowe ojcostwo i usynowienie – relacja, która mnie uratowała

  1. Pan Winyl pisze:

    Dziękuję Markowi i Kasi za to co dla mnie zrobili, mam nadzieję, że dane mi będzie dalej nieść to namaszczenie :) Pozdrawiam

  2. Ewka pisze:

    Wow, Tomku! Przeczytalam calosc a typowo tak dlugich tekstow na komputerze nie czytam. Ciesze sie ze znalazles ulge, nowe zycie i spelnienie. Jakie zycie jest wspaniale. Te nowe szanse poznania siebie, pokonynwania tych samych pomylek az… az wszystko wywroci sie do gory nogami kiedy jestesmy na to gotowi. Fajnie ze jest lepiej. Fajnie ze moglam dzis o tym przeczytac. Dzieki :)

Odpowiedz na „EwkaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>